prawie rzekłbym szatańska lekcja. mówią że zazdrość to płytkie uczucie. da się w nim jednak zanurzyć, a niektórzy to nawet po samą szyję. a tak naprawdę zazdrość to szlam i bagno. grunt to się nie utopić co nie? a ty się topisz. wchodzić w to gówno po samą szyję nie mając podstaw. może i według ciebie je masz. wystarczy żebyś spytał a nie dociekał. ocalelibyśmy wszyscy.
w sesji nie lubię nikogo. naprawdę. i choć idzie nam dobrze ( wylecieć z polonistyki można jedynie wpadając pod tramwaj ) to większość się spina. o boże nie dam rady. nie dasz rady bo nie chcesz dać rady. bo dawanie rady jest mejnstrimowe. bo narzekanie jest dobre. łączy ludzi. łączy ludzi jak wódka. jak wypijesz za dużo wódki to rzygasz. jak masz za dużo narzekaczy to też rzygasz więc na jedno wychodzi.
zaczyna się pierwsza Warszawa. traktuję dom jak hotel. chociaż ostatnio przebywam tu często. ale chyba tylko ciałem, bo duchem wylatuję gdzieś gdzie nie ma życia. widziałem dzisiaj film bang bang jesteś trupem. człowieku grający główną rolę. jesteś moim bogiem depresji i powagi. chcę Cię poznać i ukraść Ci wszystko. potrzebuję jakiegoś mocnego uderzenia nocy. tak żeby mnie przytłoczyło a ja nie umiałbym oddychać. dawnego nie byłem na ulicznym obserwatorium. ale teraz się wszystko zacznie na nowo na uczelni. i dłuższe wieczory i dłuższe dni. a w nich ty. żartowałem. nie ma ciebie. i zabrzmiało to jak żałosny wierszyk.
jeszcze półtorej roku i zostawię to wszystko. bo coraz mniej dni przychodzi kiedy wiem że to ma sens. ale teraz chyba rzadko co ma sens. można robić tak wiele rzeczy, które sensu nie mają i też jest niby fajnie. wszystko jest niby. niby my niby ja niby ty niby świat. niby jest do dupy. nie chcę niby.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz