niedziela, 16 marca 2014

lekcja 101

/ słyszałem jego krok
wzdłuż mojej kamienicy
utkwiłem chciwy wzrok,
gdy kroczył po ulicy
chorałem flet mu brzmiał
donośnie niczym dzwon
był w tym cały żal
i czerń tysiąca wron
i wtedy zrozumiałem nagle, że to on /

tylko noc. parszywa w noc podczas której nie warto umierać bo nie ma ku temu warunków. kamienica, której starości nie można porównać z żadnym z ludzi. wspomnienia które wchłonięte przez ściany nigdy nie wybrzmią. przypadkowy człowiek w kloszardowym płaszczu, połatanym przez niekończącą się tułaczkę po świecie. chciałbym wtulić się w kamienicę żeby przekazała mi cząstkę swojego oddechu. i dotknąć kloszarda który powie mi co to życie.

/na boso zbiegłem w dół
wyszedłem mu na przeciw
w podwórzu głodny szczur
buszował w stercie śmieci
przy bokach ciepłych żon
gdzie chuć z miłością śpi
wtuleni w kołdry schron
rodzinny grali film
a ja tak chciałem znać odpowiedz
dokąd iść/

teraz już go dotknąłem. nie ma nudnego życia. spotyka tylko przechodniów wyczytując im wspomnienia z twarzy.  nie interesuje go życie prowadzone przez sto jeden procent społeczeństwa. a mógłby się w nie wpasować. nie chce. on zawsze wie dokąd iść. zna miasto którego jest częścią i tą częścią zostanie leżąc na miejskim cmentarzu pośród tysiąca zapomnianych grobów.

/ po bruku gnałem w dół,
żeby mu zabiec drogę
miał płaszcz z wężowych skór
i wokół wiało chłodem
obrócił ku mnie twarz
swe oczy pełne wron
a blizny dawny blask
skrywały niby szron
i wtedy zrozumiałem nagle kim był on/

nie znasz czerni jego oczu. powoli stawałem już nim i zaczynałem rozumieć jego istnienie. wiedziałem doskonale że stanę się tak samo koszmarnie nieprzystosowany do rzeczywistości. wystarczy że zbada mnie ktoś kto powinien to robić. opowiadaliśmy sobie niestworzone historie tak jakby zdarzyły się wczoraj. fantazjowaliśmy o przeszłości tak jakby była przyszłością, w którą ani ja ani on nie wkroczymy. to było piękne. moja twarz się już zmieniła.

/mój darmodziej, miłość gra
wierny naszym losom
bard, który zna wszystkie sny
i przemyka nocą
mój darmodziej, słodki grzech
z jadem pod językiem
gdy sprzedać chce to co ma
igły ze słownikiem /


znałem już wszystkie oddechy tego miasta. wniknąłem w jego parszywość sam będąc parszywym. nie wiedziałem dokąd prowadzi dzień. wiedziałem dokąd zaprowadzi mnie noc. jestem tym którego stworzyła noc. i tylko jej mogłem być wierny. byłem pasożytem który żywił się oddechem jasnodziennych przechodniów. ci nocni nie byli niczego warci. nie byłem zwykłym przechodniem. czytałem wam z twarzy. mieliście myśli latające nad głową. nigdy nie chciałem wam ukraść wspomnień. wtedy była na mnie pora. uciekłem w pierwszą bramę wiedząc że wchodzę w inny świat. bramy tamtego miasteczka, które pojawiało się tylko w nocy przyjęły mnie jak brata. czekałyśmy na ciebie, mówiły. czekałyśmy a długo kazałeś na siebie czekać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz